Skip navigation


W Visby nie spedziliśmy zbyt wiele czasu. Chyba z pięć godzin. Potem oderaliśy prognoze. Była jasna. Na najbliższe 12h: 4-6 W-NW, na następne 24-48h 7-8 W-NW. Musieliliśmy opuścić port jak najszybciej, aby jak dopłynąć jak najbardziej na południe Bałtyku, zanim przyjdzie sztorm. Ustaliliśmy, że spotykamy się na jachcie za trzy kwadranse. W tym czasie udało mi się zrobić szybki spacer wśród starych murów, wejść na jeden z nich i przez chwile oglądać prom zbliżajacy się od strony stałego lądu. Jak wróciłem na jacht, Tomek już tam był. Wypiliśmy na szybko kawe, oddaliśmy cumy wyszliśmy z portu, nie wiedząc co nam przyniesie ten powrót do kraju i co się możę zdarzyć po drodze.
Także i tym razem rozkład wacht ułożył się samoczynnie. Nie były one już tak długie jak poprzednio, ale w związku z tężejącym wiatrem i rosnącą fala, nie dało się sterować jednej osobie, dłużej niż trzy, cztery godziny. Chociaż i taki okres czasu był wyczerpujący. Zawsze jeden z nas, gdy nie miał wachty, czuwał w nawigacyjnej w pół śnie, w ubraniu, gotowy do wyjścia na pokład gdyby coś się stało.Niespodziewana kawa, czy gorąca herbata, podana po dwóch godzinach wachty, napawała otuchą i dodawała sił do walki z wiatrem i wszechobecną woda, która wlewała się falami do kokpitu przez niskią owiewkę. Dobre ubranie chroniło nas przed zmoczeniem skóry, ale i tak zawsze coś się wlało przez kołnierz, albo rękawy. Ręce grabiały z zimna i wilgoci już po paru minutach wachty. Na dole nie było wiele lepiej, nawet po zrzuceniu cięzkiej od wody kurtki woda była wszędzie. Częsć wlewała się przez nieszczelne bulaje, część przez uchyloną suw klapę. Wilgoć panowała wszędzie.
Po paru godzinach żeglugi w takich warunkach, po zejściu z wachty, marzylismy tylko o suchym śpiwoże i odrobiny płaskiej wody, aby podczas krótkiego snu nie było potrzeby zapierania się nogami o burtę.
W takich warunkach płynęliśmy w strone Helu przez prawie 2 doby. Poganiani przez fale i wiatr. Pływanie w pełnym baksztagu, to szybka jazda, ale bardzo wymagająca i niezbyt bezpieczna. Na zrolowanym foku i fragmencie grota średnio płynęliśmy 5,5 węzła. Chwilowe prędkości przy zjazdach z fal dochodziły do 7, 8 węzłow. Po minięciu cypla helskiego wszystko ucichło. Nagle to co było, sztorm, fale, przechyły odeszło. Tak jakby nigdy nie istniało. Jakby ostatnie 2 dni były tylko lekkim letnim podmuchem wieczornej bryzy. Już było dobrze. Płasko. Na Zatoce nie spotkaliśmy nikogo pod żaglami. Zgodnie z dawną tradycją żeglarską, powinni teraz ‚sztormować’ w najbliższej Tawernie.
My, popłyneliśmy do Jastarni. Zacumowaliśmy. Obejrzeliśmy „Wielkopolskę”. Zmienilismy ciuchy na niemokre od wody. Po kąpieli zjedliśmy długo oczekiwany ciepły posiłek. Prosty gulasz ze słoika smakował jak danie w najlepszej restauracji. Potem był sen. Długi. Zasłużony. Głęboki. Dwa następne dni spędzilismy na nierobieniu nic na plaży. Skok do Gdyni i oddanie jachtu. Uścisk dłoni na pożegnanie. Bez słów.

Reklamy

One Comment

  1. Zechciałbyś podzielić się tym rejsem na alternatywach?
    P.S.
    Zrobiłam się zielona:)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: