Skip navigation



(…) Około wpół do pierwszej zaczął wiać wiatr, niezbyt silny, ale jednak na całym morzu zrobiły się białe baranki. Jolka czekała przygotowana przy pomoście kąpielowym. Włóczykij rozpiął żagiel i puścił Paszczaka na dziób. Było bardzo zimno, mieli na sobie wszystkie wełniane rzeczy, jakie tylko mogli znaleźć. Czyste niebo zamykało się nad horyzontem wałem granatowych, zimowych chmur. Włóczykij wziął kurs na cypel, jolka przechyliła się i nabrała szybkości.
– Majestat morza! – zawołał Paszczak drżącym głosem; był blady i patrzył z przerażeniem na brzeg burty po zawietrznej stronie, sunący znacznie za blisko spienionej, zielonej wody.” A więc takie to jest uczucie – myślał . – Tak wygląda żeglowanie. Świat wywraca się do góry nogami, a ty wisisz na samiusieńkim brzegu bezdennej przepaści, marzniesz, wstydzisz się i żałujesz, kiedy jest już znacznie za późno, żeś się w ogóle wybrał. Żeby on tylko nie zauważył, jak się boję”.
Koło cypla jolka dostała się na długą falę wywołaną jakimś sztormem daleko na morzu.
Włóczykij zahalsował, a potem popłynął prosto dalej .
Paszczakowi zaczęło być niedobrze. Mdłości brały go powoli, zdradliwie, ziewał i ziewał, przełykał i przełykał, a potem nagle poczuł się słabo i żałośnie w całym ciele, wstrętne mdlenie coraz bardziej mu wzbierało w żołądku i już nic nie chciał, tylko umrzeć.
– Teraz ty weź ster – powiedział Włóczykij.
– Nie, nie, nie! – szepnął Paszczak machając w proteście obiema łapkami. Ruch ten wywołał nowe, okropne tortury w żołądku i calutkie, bezlitosne morze znowu wywróciło się w drugą stronę.
– Musisz wziąć ster – powtórzył Włóczykij. Wstał i przeszedł przez środkową ławeczkę.
Ster bujał bezradnie tu i tam… ktoś musiał go przecież wziąć, to było straszne… Paszczak przedostał się na rufę, potykając się i zataczając przy ławeczkach, i chwycił ster zsiniałymi z zimna łapkami, żagiel trzepotał jak zwariowany, to był koniec świata!
A Włóczykij siedział sobie, wpatrzony w horyzont.
Paszczak sterował to w jedną stronę, to w drugą, żagiel łomotał, woda wlewała się do jolki, a Włóczykij wciąż siedział i patrzył na horyzont. Paszczakowi było tak niedobrze, że nie mógł myśleć, sterował odruchowo, nagle potrafił sterować, żagiel nabrał wiatru i jolka szła równo wzdłuż brzegu, niesiona długą falą.
„Nie zwymiotuję – myślał Paszczak. Będę się trzymał steru z całej siły i nie zwymiotuję” .
Żołądek uspokajał mu się powoli. Paszczak wbił oczy w dziób jolki, który wznosił się i opadał w fale, wznosił się i opadał…
„Niech to trwa do końca świata, byle mnie tylko znowu nie zaczęło mdlić. Wolę iść na dno niż wymiotować…”
Nie miał odwagi zrobić najmniejszego ruchu ani żadnej miny, ani o czymkolwiek pomyśleć, wpatrywał się tylko w dziób, który wznosił się i opadał, a jolka pruła z wiatrem coraz dalej i dalej w morze

Tove Jansson
Dolina Muminków w listopadzie

Reklamy

One Comment

  1. Bardzo ciekawe opowiadanie. Żeglowanie i wywracanie się świata do góry nogami…hmmm… nieuniknione.
    Ważne jest to jak sobie poradzimy z pojawiającymi się przemianami, które również zachodzą w nas samych na skutek oddziaływania różnych bodźców, trudnościami, które wywracają nam życie…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: