Przeskocz nawigację

Category Archives: Bornholm

Everything

[youtube:=http://www.youtube.com/watch?v=i9mYgkBBs_s]
Reklamy

Nie płacz w liście
nie pisz że los ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka – to otwiera okno.

Jan Twardowski

Ladder

Loneliness

słowa – Marek Tercz

Ja śpiewam wam, a ma dusza moja
Niby skrzypce…
Do nieba, do nieba się wspina
Jak pająk po nitce.

I niesie mą pieśń, wysoko, wysoko, wysoko…
Jak w mroku pochodnię.
I płonie, płonie, płonie, płonie…
Pieśń żywym ogniem.

Tak, to ja stukam do ciebie, stuk-puk!
Otwórz mi, proszę…
Z wiecznych zim, chłodnych mgieł moją pieśń!
Do ciebie niosę…

Tak, to ja stukam do ciebie, stuk-puk!
Przez tę mroźną zasłonę…
Wpuść mnie, wpuść! Bo pali mnie lód.
Wpuść mnie, nim spłonę…

O szczęściu śpiewam, choć jest, choć częściej…
To go tyle co pies napłakał.
Ledwie wyrwiesz się, ledwie stopy od ziemi oderwiesz…
A tu już trzeba wracać.

Więc niosę pieśń wysoko, wysoko, wysoko…
Jak w mroku pochodnię.
I płonie, płonie, płonę, płonę…
I po mnie, po mnie już, po mnie…

Tak, to ja stukam do ciebie, stuk-puk!
Otwórz mi proszę…
Z wiecznych zim, chłodnych mgieł moją pieśń!
Do ciebie niosę…

Tak, to ja stukam do ciebie, stuk-puk!
Przez tę mroźną zasłonę…
Wpuść mnie, wpuść! Bo pali mnie lód.
Wpuść mnie, nim spłonę…

Ja śpiewam wam, a ma dusza moja
Niby skrzypce…
Do nieba, do nieba się wspina
Jak pająk po nitce.



House of houses, originally uploaded by .:My Drawer:..

Są takie miejsca gdzie wielu czuje się jak w domu….

C-dur

Kiedy po spotkaniu z nią wyszedł na ulicę
wirował w powietrzu śnieg.
Zima nadeszła
gdy leżeli u siebie.
Noc świeciła biało.
Szedł szybko z radości.
Całe miasto łagodnie opadało w dół.
Uśmiechy przechodniów –
wszyscy uśmiechali się za postawionymi kołnierzami.
Ale swoboda!
I wszystkie znaki zapytania poczęły śpiewać o istnieniu Boga.
Tak sądził.
Muzyka zrzuciła pęta
i szła w wirujących śnieżkach
długimi krokami.
Wszystko w wędrówce ku dźwiękowi C.
Drżący kompas wskazujący C.
Godzina ponad męczarniami.
Ale lekkość!
Wszyscy uśmiechali się za postawionymi kołnierzami.

*

Szwedzkie domy na odludziu

Plątanina czarnych świerków
i dymiących promieni księżyca.
Tu zanurzona chałupa
jakby bez śladów życia.

Aż rosa poranna zaszemrze‚
a starzec otworzy
okno drżącą ręką
i wypuści puchacza.

A gdzie indziej
nowy dom paruje‚
z motylem bielizny
co trzepoce zza węgła

w środku umierającego lasu‚
gdzie próchnica w binoklach
z żywicy wczytuje się
w protokół korników.

Lnianowłose deszcze lata
lub samotna chmura burzowa
nad psem‚ co ujada.
Ziarno wierci się w ziemi.

Wzburzone głosy‚
twarze mkną po drutach telefonicznych
na karłowatych rączych skrzydłach
ponad milami moczarów.

Dom na rzecznej wyspie
wysiaduje swe fundamenty.
Nieustanny dym – palą tutaj
tajne dokumenty lasu.

Deszcz zawraca w niebie.
Światło się ślizga po rzece.
Chaty na skraju urwiska pilnują
białych wołów wodospadu.

Jesień z szajką szpaków‚
która trzyma świt w szachu.
Ludzie ruszają się sztywno
w teatrze rozjarzonych lamp.

Pozwól im poczuć bez lęku
ukryte skrzydła
i energię Boga
ciasno zwiniętą w mroku.

Tym tylko byłem…
Josif Brodski

Tym tylko byłem
Czego ty dotknęłaś dłonią
Nad czym w noc głuchą wronią
Pochylałaś się strzegąc
Tym tylko byłem
Co rozróżniałaś tam w dole
W licach zatartych
W czole rysy nawykła ciąć

Tyś potrącała przecież zmysł
By drżał by nie usnął
Mnie małżowinę uszną
Lepiąc w gorącym szepcie
Tyś to w wilgotną głąb krtani
Łuki podniebień
Kiedy wzywałem ciebie
Miękki wkładała głos

Ślepy byłem lecz szłaś
Przesłonięta i jawna
Wzrok wszczepiając mi z nagła
Tak zostawia się ślad
I tak światy się stwarza
A stworzone od nowa
Zaczynają wirować
I darami obdarzać

Tak to blaskiem
Tą mgłą spowity
Ziąbem ogniem
Wśród przestworzy samotnie
Krąży zbłąkany glob

Tak to blaskiem spowity
Ziąbem ogniem
Wśród przestworzy samotnie
Krąży zbłąkany glob

bench

Piątek

Port – Greisfwald – przejęcie jachtu. Dzięki wydrukowanej zawczasu instrukcji (20 stron o wszystkim i o niczym), wiem gdzie co jest gdzie.
Przed północą zjeżdża się załoga. Tradycyjne powitanie chlebem i solą.

Sobota

Ostatnie problemy techniczne rozwiązane. Na pokład dostajemy spinakera. Spływamy w dół rzeki i wychodzimy na zatokę Greisfwaldzką. Pierwsze próby oswajania spinakera – pozytywne. Wieczorem wychodzimy na otwarte morze. Parę mil na północ od wyspy Rugia zaczynamy koncert wokalno-gitarowy na największej scenie na świecie, bo ilu ma okazję aby śpiewać na tak otwartej przestrzeni? Miejscówki szybko sprzedane i wszystkie dziewięć miejsc zostało zajętych. W międzyczasie mijają nas statki, zazwyczaj większego kalibru. Noc upływa pod znakiem mijania kutrów, promów i innych pływadeł. Czujemy się jak kura, która chce przejść na drugą stronę autostrady.

Niedziela

Łapanie snu pomiędzy wizytami na pokładzie, obserwacją horyzontu i radaru.
Poranek pod brzegami Szwecji. Przepływamy przez Falsterbo kanal i pomału kierujemy się w stronę Danii. Pole wiatraków na środku cieśniny robi na nas niesamowite wrażenie. Zresztą, nie mniejsze niż tunelo-most pomiędzy Kopenhagą a Malmo. Po 26 godzinach żeglugi szczęśliwie dopływamy do stolicy Danii, cumując kilkanaście metórw obok nagiego symbolu miasta. Kornel chce zobaczyć panoramę miasta z lotu ptaka, więc wciągamy go na maszt. Prysznic i zajęcia w pod-grupach (poza prysznicem) – zwiedzanie deszczowego miasta. A wieczorem wizyta lokalnej Polonii i próbki lokalnych artykułów spożywczych (w formie jedzenia i picia). Te śledziki w musztardzie na długo zapamiętam. Następnie ‚home made’ cytrynówka… i ranek.

Poniedziałek

Wciąż pada – wypływamy. Powracamy na kanał Falsterbo i kierujemy się na wschód. Próba rozjechania nas przez dwa promy zakończyła się sukcesem – naszym. Na wschód, wschód, półudniowy-wschód. I tak przez cały dzień i noc. Pierwsza kradzież czekolady z kambuza pozostała niezauważona. Zaskakująco szybkie promy, na Bornholm, mijały nas o przysłowiowy włos. Znowu ruta. Znów mijanie statków. Szybko łapiemy rytm wacht, zmian na sterze, obserwacji mijających nas statków. Nocne milczenie. Nocne dialogi. Sen łapany w każdej chwili.

Wtorek

Noc. Pomimo wyłączonej latarni Hamerode udaje nam się nie wpłynąć w Bornholm. Powoli kierujemy się w stronę Christianso, by potem odpaść do Svaneke. Ukochane Svanake – pomimo owej miłości, zawsze oczuwam lęk wpływając do tego portu. Stosy podowodnych kamieni w pełni tłumaczą ów stan ducha. Cumujemy przed siódmą: śniadanie, zwiedzanie pryszniców – i pora spać po długiej nocy. Obiadek, zwiedzanie, zakup pamiątek i pocztówek. Późnym popłudniem do portu wpływa około 30 metrowy jacht z Kajmanów. To ich 4-ty miesiąc żelugi. A mówią, że kryzys na świecie. Wieczorem wykańczanie zapasów alkoholowych, połączonych z autorską wersją programu ‚Mast bi de miuzik’.

Środa

W planie odwiedzenie archipelagu wysp Christianso i wieczorny powrót na Bornholm. Niestety, Kapitam pomylił się w oczytywaniu prognozy – miało wiać 15 węzłów a wiało…15 m/s. To oznacza, że zamiast 4’B mieliśmy 7-8’B. Pod Christianso dopłynęliśmy w dwie godziny, a potem był powrót… 6 godzinny. W międzyczasie fok odmówił współpracy i trzeba go było sprowadzić do parteru (pokładu) i postawić takiego mniejszego, zwanego sztormowym. Dzielnej załodze ta operacja (wykonywana w całości na dziobie) zajęła prawie 1.5h. W tym czasie dziób jachtu wielokrotnie zanużał się w wodach morza Bałtyckiego. Niepokojący był obłąkany wyraz zadowolenia na twarzach załogantów wracających z dziobu, który nie znikł już do końca rejsu. Pokonując fale i przeciwny wiatr dopłyneliśmy do Tejn. Dawno już obiad podczas rejsu nie smakował nam tak bardzo jak tego wieczoru.

Czwartek

Poranne szukanie żaglomistrza zakonczone zostało sukcesem. Trzeba napełnić wodę do zbiorników – taka tam wiaderkowa robota. Na zwiedzanie nie ma czasu, trzeba odbijać, żeby piątkowym popołudniem dopłynąć do Niemiec. Wieje SW-W, około 20-25w, w porywach do trzydziestu. Za cyplem Hammerode fale się wydłużają. Mają do 2-3m wysokości. Udaje nam się spokojnie przez nie żeglować. Czasem tylko, któryś ‚dziad’ przelewa się przez pokład, mocząc wszystko i wszystkich.

Zbliża się zmierzch. Załoga rozchodzi się do swoich koi. Życie na pokładzie wchodzi w rytm przechyłów i cogodzinnych pozycji nanoszonych na papierową mapę. Podawana nocą gorąca herbata czy potajemnie wynoszona czekolada smakują niczym chałwy persil.

Piątek

Powoli zbliżamy się do wybrzeża Niemiec. Latarnia Greisfader Oie świeci w naszym kierunku, tak samo jak Arkona. O świcie wiatr onieśmielony nadchodzącym dniem słabnie. Pomału wpływamy do zatoki aby koło południa minać most w Wieck a godzinę później zacumować w porcie. Sprzątanie, wynoszenie rzeczy. Przekazanie jachtu z listą drobnych usterek. Ostatnia kawa w portowej kawiarni i rozmowy podsumowujące. Pakowanie do samochodu i wyjazd z portu.

Rejs zakończony. Nowe doświadczenia, miejsca, przyjaźnie. Ponad 360Mm zapisane w logu. Następny rejs już niedługo, już za rok.

Trasa rejsu: