Przeskocz nawigację

Category Archives: poezja

Nie płacz w liście
nie pisz że los ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka – to otwiera okno.

Jan Twardowski

Ladder

Reklamy

Raport z Oblężonego Miasta
Zbigniew Herbert

Zbyt stary żeby nosić broń i walczyć jak inni –

wyznaczono mi z łaski poślednią rolę kronikarza
zapisuję – nie wiadomo dla kogo – dzieje oblężenia

mam być dokładny lecz nie wiem kiedy zaczął się najazd
przed dwustu laty w grudniu wrześniu może wczoraj o świcie
wszyscy chorują tutaj na zanik poczucia czasu

pozostało nam tylko miejsce przywiązania do miejsca
jeszcze dzierżymy ruiny świątyń widma ogrodów i domów
jeśli stracimy ruiny nie pozostanie nic

piszę tak jak potrafię w rytmie nieskończonych tygodni
poniedziałek: magazyny puste jednostką obiegową stał się szczur
wtorek: burmistrz zamordowany przez niewiadomych sprawców
środa: rozmowy o zawieszeniu broni nieprzyjaciel internował posłów
nie znamy ich miejsca pobytu to znaczy miejsca kaźni
czwartek: po burzliwym zebraniu odrzucono większością głosów
wniosek kupców korzennych o bezwarunkowej kapitulacji
piątek: początek dżumy sobota: popełnił samobójstwo
N.N. niezłomny obrońca niedziela: nie ma wody odparliśmy
szturm przy bramie wschodniej zwanej Bramą Przymierza

wiem monotonne to wszystko nikogo nie zdoła poruszyć

unikam komentarzy emocje trzymam w karbach piszę o faktach
podobno tylko one cenione są na obcych rynkach
ale z niejaką dumą pragnę donieść światu
że wyhodowaliśmy dzięki wojnie nową odmianę dzieci
nasze dzieci nie lubią bajek bawią się w zabijanie
na jawie i we śnie marzą o zupie chlebie i kości
zupełnie jak psy i koty

wieczorem lubię wędrować po rubieżach Miasta
wzdłuż granic naszej niepewnej wolności
patrzę z góry na mrowie wojsk ich światła
słucham hałasu bębnów barbarzyńskich wrzasków
doprawdy niepojęte że Miasto jeszcze się broni

oblężenie trwa długo wrogowie muszą się zmieniać
nic ich nie łączy poza pragnieniem naszej zagłady
Goci Tatarzy Szwedzi hufce Cesarza pułki Przemienienia Pańskiego
kto ich policzy
kolory sztandarów zmieniają się jak las na horyzoncie
od delikatnej ptasiej żółci na wiosnę przez zieleń czerwień do zimowej czerni

tedy wieczorem uwolniony od faktów mogę pomyśleć
o sprawach dawnych dalekich na przykład o naszych
sprzymierzeńcach za morzem wiem współczują szczerze
ślą mąkę worki otuchy tłuszcz i dobre rady
nie wiedzą nawet że nas zdradzili ich ojcowie
nasi byli alianci z czasów drugiej Apokalipsy
synowie są bez winy zasługują na wdzięczność więc jesteśmy wdzięczni

nie przeżyli długiego jak wieczność oblężenia
ci których dotknęło nieszczęście są zawsze samotni
obrońcy Dalajlamy Kurdowie afgańscy górale

teraz kiedy piszę te słowa zwolennicy ugody
zdobyli pewną przewagę nad stronnictwem niezłomnych
zwykłe wahanie nastrojów losy jeszcze się ważą

cmentarze rosną maleje liczba obrońców
ale obrona trwa i będzie trwała do końca

i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden
on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania
on będzie Miasto

patrzymy w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci
najgorszą ze wszystkich – twarz zdrady

i tylko sny nasze nie zostały upokorzone

1982

Szymona Zychowicza można było usłyszeć, kiedy spiewał ‚Pozytywkę’ na pierwszym krążku ‚Krainy łagodności’. Dziś parę dźwięków z jego najnowszego albumu „Po prostu”

Bogdan Loebl
Kobieta i Mężczyzna


Dobiega godzina siedemnasta
Mężczyzna wrócił z biura i sposobi się
na spotkanie z podbrzuszem Kobiety

wchodzi pod prysznic
goli zarost twarzy maszynką elekktryczną marki „Braun”
kiedy odległa od niego o dwa kilometry Kobieta
niczym satelita szpiegowski czyta
mapę swojej twarzy i szyi: osiem
zmarszczek pogłębiło się
dwie nowe zarysowały w ostatnim miesiącu godziny biurowe
niestety Mężczyzna
nie pożąda jej dostatecznie mocno w ciemnościach
oczywiście istotne są tu dotyk smak i zapach
jednak zmysł wzroku gra w mężczyźnie pierwsze skrzypce

godzina siedemnasta trzydzieści osiem
Mężczyzna koryguje w lustrze grymas uśmiechu
(plomba w górnej lewej dwójce świeci czarno
przy nazbyt szczerym uśmiechu)
stępia pilnikiem paznokcie
by nie zadrasnąć nimi zawsze otwartej rany
Kobiety która w tej chwili jest pianistką
grającą temat nadziei na klawiaturze twarzy
perkusistką wybijającą panikę na tabli skóry
lekarzem badającym swoje piersi
poddając je testowi na sprężystość
ważąc na szalach dłoni owe dwie połówki
(jak On je nazywa) grejpfruta
godzina osiemnasta
Mężczyzna ogrzewając dłonią butelkę
podąża do Kobiety
która w mgiełce zapachów perfum krążąc
pomiędzy łazienką i tapczanem wstrzymuje
oddech i bicie serca by nie zagłuszyć
dzwonka u drzwi który nareszcie wypełnia
mieszkanie tysiącem lśniących pszczół Jeszcze
modlitewne spojrzenie Kobiety w lustro: „Powiedz
że jestem najpiękniejsza na świecie” i już
szczęknięcie zamka drzwi mysi pisk klamki i:
„zaraz ciebie skonsumuję” mówi Mężczyzna
„skonsumuję na surowo te melony” mruczy ugniatając
palcami pośladki Kobiety „upiekę na rożnie
i skonsumuję” dyszy
rozpościerając nad Kobietą ukrywane przed innymi
urzędnikami skrzydła poety skazanego
przez ociemniały los na dożywotnią prozę życia
na pchanie od lat tej samej taczki biurka
po drodze niemożności od ósmej do piętnastej
„upiekę ciebie na ogniu miłości” sapie „skonsumuję
te szyneczki ten schabik” jęczy Mężczyzna do ucha
Kobiety zachwyconej owymi przenośniami niczym zachodem
słońca który również jest dziełem autentycznego artysty

tak
wschód i zachód słońca oraz akt miłosny
to najlepsze co stworzył pierwszy i największy
Alchemik Rzeźbiarz Malarz i Poeta
reszta to już tylko rama tło i głębia

tylekroć powtarzany wschód i zachód słońca
ten siłą rzeczy banalny już numer Stwórcy
za każdym razem odczytujemy jednak na nowo
jak i owe wytarte
na miazgę zmiędlone przez odwiecznych kochanków
słowa miłosnych wyznań



Jednym

Look out

Za szybą