Przeskocz nawigację

Tag Archives: pisanie

Listy

nie
wysłane
przeczytane
odpowiedziane

po
chowane
gniecione
płakane

PBP_8367

Reklamy

moglibyśmy

zbudować domek z kart
lub na piasku
co rano chodzić
w słonej wodzie
a wieczorem zasypiać
w kołysance fal

moglibyśmy

mo..

spełnione i nie

wypowiedziane i przemilczane

realne i nie

te z

wrzosami na wyspie

perłową łodzią

duńskimi chatkami

nocnym tańcem

porankiem wśród wydm

weź co chcesz

Najgorsze na rejsie są wieczory. Gdy leżąc w koi patrzy w sufit. To tam przykleił ich zdjęcia, z dala od ciekawskich oczu reszty załogi. Zdjęcia – zatrzymane chwile radości uderzające w samotność człowieka morza. Z oddali, z pokładu dochodzą niby przez sen dźwięki rozmów, naprężonych lin, agregatu. Tłum kumpli w mesie zamienia się w samotość w koi. Gdzie ze zlepków wspomnień przywołuje się zapach jej skóry, śmiech, fochy maluchów. Tym trzeba żyć dopóki cuma nie chwyci polera a silnik nie zagra na nutach ciszy.

Wypłynąć I
Wypłynąć II

– Która godzina?
– Po północy.
– Na dole wszyscy kimają?
– Tak, jeszcze tylko Olek się tłucze, ale zaraz powinien zawinąć się w koi.
– A ty się kimnąłeś?
– Tak, z dwie godzinki.
– Za jakieś dwie gdziny będziemy mijać rute, po której pływa 80% szipów na Bałtyku.
– No widziałem na mapie. Zresztą już je widać na horyzoncie.
Wrześniowa noc, była ciemna, bezchmurna, bezksiężycowa. Liczne gwiazdy nie dawały wogóle jasności. W oddali było widać kilkanaście świateł: czerwonych, zielonych, białych. Promy, kontenerowce, gazowce, kutry – w skrócie szipy. Każdy taki statek mógł stanowić niebezpieczeństwo dla nas, jeżeli którys z nas źle rozpoznałby kierunku płynięcia, prędkość lub nie przewidziałby zwrotu. Płynęliśmy kursem 030 st. Lewa burta statków jest oświetlona na czerwono, prawa na zielono, rufa na biało. Jeżeli zobaczymy czerwone światło na lewo od dziobu, to statek nas już ‚minął’ i nie ma niebezpieczeństwa. Jeżeli zobaczymy zielone światło na prawo od dziobu, to tak samo. Widząc czerwone światło z prawej, trzeba kontrolować czy on przetnie nam kurs w bezpiecznej odległości. Jeżeli nie, trzeba robić zwrot i spier…uciekać. Jedynym problemem jest wyłowienie zielonego i czerwonego światła spośród dziesiątek innych świateł które świecą sie na mijających nas statkach. Najgorzej jest na promach pasażerskich, gdzie oświetlony jest każdy pokład, kajuta. Statki przemysłowe mają zazwyczaj powłączane niewiele świateł poza nawigacyjnymi.
Tak nam mija kilka godzin. Z lornetką przy oczach, przy notorycznym bujaniu szukamy zielonego i czerwonego światła. Oczywiście statki widać z odległości kilku mil i prawie wszystkie mijamy w bezpiecznej odległości, nie wyczuwając nawet zafalowania, które pozostawiają za rufą. Widzieliśmy też parę kutrów, które na ławicy odrzańskiej próbowali swojego szczęscia.
Noc nie była zima, wręcz ciepła jak na wrześień. Miło było siedzieć na pokładzie w takim czasie. Jacht lekko się bujał płynąc w kierunku Bornholmu. Pod pokładem cisza. Wszyscy śpią głeboko, wtuleni w burty, wtopieni w rytm falowania, niczym dzieci w kołysce.
Koło trzeciej widać było wyraźnie światło latarni Dueodde na południowym krańcu wyspy oraz czerwone światła z masztów lotniczych.
– Ide się kimnąc. Wyostrz za jakies półtorej, dwie godziny, tak żebyśmy jechali wzdłóż zachodniego brzegu wyspy.
– Nie wchodzimy do Rønne?
– Nie, za szybko jedziemy, bylibyśmy tam przed świtem, a ja nie lubie wchodzić do portu którego nie znam po ciemku. Poza tym nie lubie dużych miast. Pojedziemy dalej na północ, za dnia zobaczymy gdzie staniemy. Może Hasle jak się nie rozwieje, albo dalej, już za winklem – Ghudjem. Budź mnie jakby się coś działo.
Trzeba iść spać. Szybko spać.
– Wstawaj.
– Która godzina?
– Po siódmej.
– Gdzie jesteśmy?
– Na końcówce wyspy. Rozdmuchuje się.
– Kto jedzie?
– Pola.
Na pokładzie już było kilka osób. Na samej gieni, jechaliśmy żwawo. Przy tym wietrze nie było mowy o wejściu do jakiegokolwiek portu na zachodnim brzegu. Za cyplem Hammerode powinno być ciszej.
Bornholm ósma rano

Almost like in heaven

Siedział na skale i patrzył na zamek Minosa. Ból po ostatnim upadku nie mijał. Ale to nie było istotne. Ważne było to, że skrzydło zadziałało i dawało im nadzieję, że obaj z ojcem, będą mogli uciec z Krety. W głowie rodził się plan: skąd wziąć cedrowe gałęzie, kiedy zakraść się do minojskiego kurnika po gęsie pióra, jak w tajemnicy rozpuścić wosk i komu ukraść gruby rzemień. Zastanawiał się też nad czasem ucieczki. Ostatnimi dniami zauważył, siedząc nad brzegiem morza, że wieczorami zrywa się wiatr, który podrywa lekkie gałęzie i kładzie je w kierunku morza. Zjawisko to występowało co wieczór, parę godzin przed zachodem słońca, tak jakby ciepło od wyspy chciało dogonić zachodzące słońce. Wieczór wydawał się więc, dobrym czasem na ucieczkę. Korzystając z wiatru i osłony nocy, mogliby odlecieć niezauważeni przez nikogo.