Przeskocz nawigację

Tag Archives: poezja


Przecież znasz wszystkie moje chwyty
życie moje
wiesz kiedy będę drapał krzyczał i rzucał się
znasz upór moich zmagań
i drętwe pozbawione smaku i czucia wyczerpanie
wtedy zatruwasz mój sen majakami
aby uniemożliwić mi jakikolwiek azyl
znam twoje słodycze
które przyjmuję ze skwapliwą wdzięcznością
i po których szarpią mnie torsje
przywykłem do twoich okrucieństw
nauczyłem się śmiać z własnego trupa
(znasz dobrze ten mój ostatni chwyt)
znudziliśmy się sobie życie moje
mój wrogu

Cóż kiedy wkręciłeś iskry bólu w moje szczęki
aby utrudnić mi ziewanie.

Andrzej Bursa

Reklamy

Piotr Bałtroczyk

Gdy będziemy już całkiem starzy
I na wiersz nawet nie starczy nam siły
Usiądziemy wspólnie przy stole
By popatrzeć cośmy przeżyli

Nasze wiersze w szufladach zasnęły
Nasze książki pokryte już kurzem
O starości skoro przyszłaś tak wcześnie
Zostań z nami jak możesz najdłużej

Nasze ścieżki już dawno deszcz rozmył
Już zarosły tarniną i ostem
A my wciąż od nowa nazywamy nasze życie
Nasze życie nienajprostsze

Nasze serca w milczeniu schną
Nasze serca w milczeniu zwyczajnym
Zbudowaliśmy nasz mały dom
Lecz przeżyliśmy życie niezdarnie
(Lecz przeżyliśmy życie…
No jak? No tak właśnie)

Rozumiem: można kochać pełniej, mocniej,
nieskazitelniej. Można, tak jak syn Kybele,
wtopić się w mrok i pod postacią nocy
wkraść się w twoje obszary. Można jeszcze wiele:
na przykład twoje rysy z molekuł i drobin
odtwarzać mozolnymi stalówki ruchami.
Albo, wbijając w lustro wzrok, tłumaczyć sobie,
że ty – to ja: bo kogóż właściwie kochamy,
jeśli nie siebie? Ale losowi zapiszmy
punkt w naszym jutrze – choćby zwlekały zegarki –
już wybuchała ta bomba, która wszystko niszczy
pozostawiając tylko meble albo garnki.
Nieważne, kto tu zbiegiem, kto przed kim ucieka:
nas ani przestrzeń, ani czas nie swata
i do tego, jakimi będziemy na wieki,
lepiej przywyknąć w dzisiejszym dniu świata.

PBP_3303

Raport z Oblężonego Miasta
Zbigniew Herbert

Zbyt stary żeby nosić broń i walczyć jak inni –

wyznaczono mi z łaski poślednią rolę kronikarza
zapisuję – nie wiadomo dla kogo – dzieje oblężenia

mam być dokładny lecz nie wiem kiedy zaczął się najazd
przed dwustu laty w grudniu wrześniu może wczoraj o świcie
wszyscy chorują tutaj na zanik poczucia czasu

pozostało nam tylko miejsce przywiązania do miejsca
jeszcze dzierżymy ruiny świątyń widma ogrodów i domów
jeśli stracimy ruiny nie pozostanie nic

piszę tak jak potrafię w rytmie nieskończonych tygodni
poniedziałek: magazyny puste jednostką obiegową stał się szczur
wtorek: burmistrz zamordowany przez niewiadomych sprawców
środa: rozmowy o zawieszeniu broni nieprzyjaciel internował posłów
nie znamy ich miejsca pobytu to znaczy miejsca kaźni
czwartek: po burzliwym zebraniu odrzucono większością głosów
wniosek kupców korzennych o bezwarunkowej kapitulacji
piątek: początek dżumy sobota: popełnił samobójstwo
N.N. niezłomny obrońca niedziela: nie ma wody odparliśmy
szturm przy bramie wschodniej zwanej Bramą Przymierza

wiem monotonne to wszystko nikogo nie zdoła poruszyć

unikam komentarzy emocje trzymam w karbach piszę o faktach
podobno tylko one cenione są na obcych rynkach
ale z niejaką dumą pragnę donieść światu
że wyhodowaliśmy dzięki wojnie nową odmianę dzieci
nasze dzieci nie lubią bajek bawią się w zabijanie
na jawie i we śnie marzą o zupie chlebie i kości
zupełnie jak psy i koty

wieczorem lubię wędrować po rubieżach Miasta
wzdłuż granic naszej niepewnej wolności
patrzę z góry na mrowie wojsk ich światła
słucham hałasu bębnów barbarzyńskich wrzasków
doprawdy niepojęte że Miasto jeszcze się broni

oblężenie trwa długo wrogowie muszą się zmieniać
nic ich nie łączy poza pragnieniem naszej zagłady
Goci Tatarzy Szwedzi hufce Cesarza pułki Przemienienia Pańskiego
kto ich policzy
kolory sztandarów zmieniają się jak las na horyzoncie
od delikatnej ptasiej żółci na wiosnę przez zieleń czerwień do zimowej czerni

tedy wieczorem uwolniony od faktów mogę pomyśleć
o sprawach dawnych dalekich na przykład o naszych
sprzymierzeńcach za morzem wiem współczują szczerze
ślą mąkę worki otuchy tłuszcz i dobre rady
nie wiedzą nawet że nas zdradzili ich ojcowie
nasi byli alianci z czasów drugiej Apokalipsy
synowie są bez winy zasługują na wdzięczność więc jesteśmy wdzięczni

nie przeżyli długiego jak wieczność oblężenia
ci których dotknęło nieszczęście są zawsze samotni
obrońcy Dalajlamy Kurdowie afgańscy górale

teraz kiedy piszę te słowa zwolennicy ugody
zdobyli pewną przewagę nad stronnictwem niezłomnych
zwykłe wahanie nastrojów losy jeszcze się ważą

cmentarze rosną maleje liczba obrońców
ale obrona trwa i będzie trwała do końca

i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden
on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania
on będzie Miasto

patrzymy w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci
najgorszą ze wszystkich – twarz zdrady

i tylko sny nasze nie zostały upokorzone

1982

Look out

Za szybą



DSC_0128, originally uploaded by Drawer-land.


Robert Kasprzycki

Jego słońce

Siedzi w barze tym od świtu,
nie stać go na pierwsze piwo,
czasem ktoś go poczęstuje papierosem.
Stałe miejsce tuż przy ladzie,
stamtąd lepiej wszystko widać,
tutaj wschodzi i zachodzi jego słońce.

Kiedy wraca ulicami
ceny mizdrzą się z wystawy,
nie dla niego smak Edenu luksusowy.
On kupuje odzież tanią,
która sama się zachwala
że już ktoś ją przenicował łzą kaprawą.

Zwolnione godziny, rozmowy o niczym
a usta wciąż mielą przekleństwa.
Z tej mąki polityk wypiecze chleb gorzki,
brunatny sen triumfu i klęski.

Siedzi w barze tym do świtu,
pięści puchną pod stolikiem,
gdyby jeszcze raz tak złapać gdzieś robotę.
Bo podobno dom budują,
który lśni tysiącem okien
lecz ten dom za symbolicznym stoi płotem.

Zwolnione godziny, rozmowy o niczym,
a usta wciąż mielą przekleństwa.
Z tej mąki polityk wypiecze chleb gorzki,
brunatny sen triumfu i klęski.

Siedzi w barze tym od świtu,
nie stać go na pierwsze piwo,
czasem ktoś go poczęstuje papierosem.
Stałe miejsce tuż przy ladzie,
stamtąd lepiej wszystko widać,
tutaj rodzi się i tu umiera
jego słońce.

Już

Już
Nie powiesz „dobrych snów”
Twych słów w niebie nie potrzeba już

Bądź
Dniem nocą przy mnie bądź
Jak duch jak czarodziej dobrych snów

Czas
Niech płynie poprzez nas
Kto zgasł temu nie potrzebny czas

Głos
Twój ciepły ucichł głos
Już noc niebu nie potrzebna noc

Łzy
Niech płyną wyschną łzy
Wiec wiesz w niebie nie potrzeba łez

Jeśli spotkasz tych których znałeś idź
Mieni się wśród gwiazd obietnicy blask

Graj
Aniele ciszy graj
Twych strun niechaj dotknie smutek moj

Weż
Na drogę dobrych chwil
Kto wie co tam w niebie dadzą ci

Próg
Przekroczyć nieba próg
Byś mógł pukaj aż uchylą wrót

Śpij
O wschodzie słońce drży
To nic już nadchodzi chłodny świt