Przeskocz nawigację

Tag Archives: załoga

W ramach przygotowania do tegorocznego rejsu, napisałem zaległy opis inaugarycjnego resju MDK. Szczegółów wiele nie pamiętam, bo to było ponad dwa lata temu, a latka lecą 🙂
Zapraszam!

Inicjacyjny Rejs Morskiego Domu Kultury

10.05.2009 – niedziela
Przyjazd. Okazało się, że właściciel tym jachtem pływa dwa, trzy razy w roku. Do Finlandii jeszcze nim nie dopłynął. Zepsuł się agregator w pokładowej lodówce. Nowy już zamontowany, a stary służy jako stopnica. Załoga dociera wieczorem: rozpakowanie i integracja. Więcej nie pamiętam

11.05.2009 – poniedziałek
Ubieramy co się da i płyniemy przed siebie. Wąsko. Duuużo promów wysokich jak wieżowce na Nowym Dworze. Zahaczamy o Vaxholm uzupełnić zapasy …chleba ;). Pomału żeglujemy ku wyjściu na otwarte morze. Tysiące wyspek. Pięknie jest, czasem wąsko. Na każdej wysepce małe czerwone domki. Decydujemy się na postój na wyspie Möja. W około małe czerwone domki. Zazwyczaj puste. Znaczy umeblowane (IKEA), ale bez mieszkańców. Zapewne przyjadą w jakiś ciepły czerwcowy weekend, kto z nich przyjechałby w maju, kiedy to lód dopiero stopniał? Kapitan wpadł na pomysł żeby przejść wyspę w poprzek – na zachód, tam musi być jakaś cywilizacja. Prawie udało się nam nie zabłądzić. Bezcenne. Zachód słońca i powrót na wschód wyspy. W marinie nadal tylko nasz jacht…

12.05.2009 – wtorek
Wczesnym rankiem odbijamy z Möj’ej wyspy. Przebijamy się przez wysepki i szukamy wyjścia ze Szkierów na otwarte morze. Kierunek Allandy. Kapitan został prezesem. Jedynym – niczym czekolada Wedla. Na wieczór dopływamy do stolicy Allandów – Maarianhamina. Poza nami tylko dwa jachty w porcie – pod rosyjską banderą. Kiedy ci finowie pływają? Szybka kolacja i powolna sauna 🙂

13.05.2009 – środa
Zwiedzanie żaglowca „Pommern”. Wielki szacunek dla żeglarzy z tamtego okresu (lata 20te i 30te XXw.) za pracę jaką wykonywali na tym żaglowcu (transport zboża z pd Australli do Anglii i Irlandii). Samo miasteczko raczej spokojne i nie wygląda na stolice niezależnego terytorium Finlandii. W drodze powrotnej znaleźlismy trój-płatową śrubę po wpłynięciu na kamienie allandzkie (każde ‚skrzydełko’ waży 2T).

Opuszczamy ‚stolycę’ i staramy sie zagubić pośród tysiąca wyspek. Nawet znaleźliśmy taką jedną do której dało się zacumować (prawie jak na Mazurach). Taka niewielka, jakieś 1000m2 powierzchni.

14.05.2009 – czwartek
Bladym świtem odpalamy katarynę i opływamy przecudny, bezludny archipelag wysp. Tu trzeba wrócić. Można tu popływać tu przez 2-3 tygodnie nie odwiedzając dwa razy tej samej wyspy. Na pożegnanie dostajemy ‚szóstkę’ w gębe. Po nocy wchodzimy do Grissleham.

15.05.2009 – piątek
Wzdłuż wybrzeża i poprzez północne wejście wchodzimy w Archipelag Szkierów. Znowu promy – które niczym trawaje kursują pomiędzy Szwecja-Finlandia i Estonią. Nocleg w Furusundzie.

16.05.2009 – sobota
Pomały płyniemy w kierunku Svininge. Na obiad lekko zbaczamy z kursu, aby zjeść w przecudnych warunkach przyrody (kotwica z rufy, cuma na lądzie). Skończyło się kąpielą dwóch załogantów i … kotwicą z rufy trzema cumami z dziobu. Ostatni etap do Svininge już bez emocji.

Tak się spodobało, że rok później też popłynęliśmy – tyle że tam, gdzie jest cieplej niż 9’C.

Pełna trasa:

Rok później

Plan na ten rok:

Reklamy

– Która godzina?
– Po północy.
– Na dole wszyscy kimają?
– Tak, jeszcze tylko Olek się tłucze, ale zaraz powinien zawinąć się w koi.
– A ty się kimnąłeś?
– Tak, z dwie godzinki.
– Za jakieś dwie gdziny będziemy mijać rute, po której pływa 80% szipów na Bałtyku.
– No widziałem na mapie. Zresztą już je widać na horyzoncie.
Wrześniowa noc, była ciemna, bezchmurna, bezksiężycowa. Liczne gwiazdy nie dawały wogóle jasności. W oddali było widać kilkanaście świateł: czerwonych, zielonych, białych. Promy, kontenerowce, gazowce, kutry – w skrócie szipy. Każdy taki statek mógł stanowić niebezpieczeństwo dla nas, jeżeli którys z nas źle rozpoznałby kierunku płynięcia, prędkość lub nie przewidziałby zwrotu. Płynęliśmy kursem 030 st. Lewa burta statków jest oświetlona na czerwono, prawa na zielono, rufa na biało. Jeżeli zobaczymy czerwone światło na lewo od dziobu, to statek nas już ‚minął’ i nie ma niebezpieczeństwa. Jeżeli zobaczymy zielone światło na prawo od dziobu, to tak samo. Widząc czerwone światło z prawej, trzeba kontrolować czy on przetnie nam kurs w bezpiecznej odległości. Jeżeli nie, trzeba robić zwrot i spier…uciekać. Jedynym problemem jest wyłowienie zielonego i czerwonego światła spośród dziesiątek innych świateł które świecą sie na mijających nas statkach. Najgorzej jest na promach pasażerskich, gdzie oświetlony jest każdy pokład, kajuta. Statki przemysłowe mają zazwyczaj powłączane niewiele świateł poza nawigacyjnymi.
Tak nam mija kilka godzin. Z lornetką przy oczach, przy notorycznym bujaniu szukamy zielonego i czerwonego światła. Oczywiście statki widać z odległości kilku mil i prawie wszystkie mijamy w bezpiecznej odległości, nie wyczuwając nawet zafalowania, które pozostawiają za rufą. Widzieliśmy też parę kutrów, które na ławicy odrzańskiej próbowali swojego szczęscia.
Noc nie była zima, wręcz ciepła jak na wrześień. Miło było siedzieć na pokładzie w takim czasie. Jacht lekko się bujał płynąc w kierunku Bornholmu. Pod pokładem cisza. Wszyscy śpią głeboko, wtuleni w burty, wtopieni w rytm falowania, niczym dzieci w kołysce.
Koło trzeciej widać było wyraźnie światło latarni Dueodde na południowym krańcu wyspy oraz czerwone światła z masztów lotniczych.
– Ide się kimnąc. Wyostrz za jakies półtorej, dwie godziny, tak żebyśmy jechali wzdłóż zachodniego brzegu wyspy.
– Nie wchodzimy do Rønne?
– Nie, za szybko jedziemy, bylibyśmy tam przed świtem, a ja nie lubie wchodzić do portu którego nie znam po ciemku. Poza tym nie lubie dużych miast. Pojedziemy dalej na północ, za dnia zobaczymy gdzie staniemy. Może Hasle jak się nie rozwieje, albo dalej, już za winklem – Ghudjem. Budź mnie jakby się coś działo.
Trzeba iść spać. Szybko spać.
– Wstawaj.
– Która godzina?
– Po siódmej.
– Gdzie jesteśmy?
– Na końcówce wyspy. Rozdmuchuje się.
– Kto jedzie?
– Pola.
Na pokładzie już było kilka osób. Na samej gieni, jechaliśmy żwawo. Przy tym wietrze nie było mowy o wejściu do jakiegokolwiek portu na zachodnim brzegu. Za cyplem Hammerode powinno być ciszej.
Bornholm ósma rano

Udało mi się odnaleźć płytkę z jednego z rejsów dookoła Bornhomu.
Trasa: Świnoujście, Ukerminde, Lauterbach, Aalinge, Svaneke.
Termin: wrzesień 2005
Załoga: niesamowita. Kilku z nich miałem zaszczyt szkolic kilka miesięcy wcześniej na Mazurach. Z kilkoma nadal pływam.
Jacht: Dar Natury
Zdjęcia: Załoga
Bornholm: kocham, od pierwszego wejżenia, zacumowania. Zresztą zobaczcie sami

Popełniłem kiedyś opis naszego majowego resju. Opis jest dość hermetyczny, ale co tam.
Miłej zabawy.

Sobota
Pierwszy raz od dawna, udało mi się przyjechać na jacht, gdzie wszystko było
już gotowe. Jacht odebrany, jedzenie zaształowane, kolacja gotowa. Dzięki
kukom i Pierwszemu Oficerowi. Nic tylko usiąść z załogą i się integrować.
Cytrynówka szybko się skończyła.
Niedziela
Ruszamy, wbrew moim obawom, że nie ruszymy przed południem, udaje nam się
oddać cumy o 10tej. Z wiatrem (N 2-3) od rufy spływamy w dół. Na noc stajemy
na kotwicy, na pd od wyspy Kaprije
Tam pierwszy raz odpalamy silniczek i idziemy odkrywac uroku lokalnych
wysp. Uroki okazuja sie być dość osrtymi kamieniami wapiennimy.
Odnotowujemy pierwsze straty obtłuczonych kończynach i przelanej krwi.
Wieczorem drzemy japy przy śpiewniku Kornelnowym. Nie przeszkadzała nam jego
gra na gitarze.
Poniedziałek
Przedpołudnie w ciszy. Jeden z nielicznych poranków w ciągu rejsu gdy nie
wiało. Później jednak N2-3 powiał nas aż do Splitu. Słońce nas nie
rozpieszcza.
W Splicie pierwszy opad szczeny dla kapitana – każą mu cumować tyłem do
pomostu. God Bless Stery Strumieniowe. Marina droga jak diabli (75E), do
tego jeszcze sanitariaty w remonice. Na cały port dostępny 1 kibelek
(jeden), 1 prysznic (jeden) i 1 pisuar (jeden).
Po zacumowaniu spacer do Starego Miasta – to trzeba zobaczyc. Tego sie nie
da opisac. Potem powrot na jacht, kolacja i kolejny spacer po nocnym Splicie
(30 min w jedna strone, a wracajac na skroty 45 min).
Wtorek
Po sniadaniu kolejny spacer do miasta, tym razem na zakupy i inne takie
truskawki, warzywa. Spirytusu na cytrunowke brak.
Wyszlismy o 12tej, kierujac sie na wyspe Hvar. Wiala uczciwa 3 z NE. Kolo
17tej doplywamy do Stari Grad na Hvar’ze. Kolejny zonk dla kapitana.
Mouringów już nie ma. Można wpłynąć rufą pomiędzy dwa jachty (40 stopowy i
50 stopowy katamaran) przy okazji rzucając kotwicę z dziobu. Udało się po
paru próbach. God Bless Stery Strumieniowe i Patryka przy łańcuchu
kotwicznym. Postój jedyne 50E, ale nie ma pryszniców ani kibelków. Poza tym
‚etykieta jachtowa leży, bo nasze cumy szły powyżej Ich’.
Miasteczko przecudnej urody. Jak dla mnie śliczniejsze niż Split, ale ja
zawsze preferowałem mniejszy tłok. Ma też tą zaletę, że nie trzeba iść do
centrum 30 min, tylko 2 min. Przed wieczorem Olek jeszcze zakupił krewetki.
Potem była intergracja z załogą. Kończą się zapasy Gorzkiej.
Środa
Dzięki pokładowemu piekarzowi, na śniadanie mamy świeże pieczywo. Poranny
spacer po mieście i wizyta w Klasztorze Dominikanów. Tam chyba był jakiś
cud, bo O.Maciek zaczął mówić językami – co prawda germańskimi, ale
zawsze….
Po wypłynięciu z portu, mała kąpiel w morzu – temp. 14,8’C. Potem kierujemy
się w okolice wyspy Solta, by na wieczór zakotwiczyć w zatocze koło wioski
Necujam. Wiało z SW, więc idealnie schowaliśmy się za drzewami. Do czasu…
aż przyszła przebrzydła Bora z N i okazało się, że nasza ‚cicha zatoczka to
koniec wietrznego cugu. Nasza kotwica też jakoś nie chciała współpracować i
tak o to, o 23.40, podnosimy kotwicę i spływamy.
Czwartek
Początkowo był plan, aby przeskoczyć do Splitu, ale skończyło się na tym, że
płyniemy do rana, starająć się omijać wystający horyzont, zwany potocznie
wyspami. Wieje N3-4, do czwartej na pokladzie siedzi kapiszon z Kornelem i
Krzyskiem, aby ze zrecznością nie możliwą do opisania na tym skrawku
internetu, wypłynąć na szerokie wody tuż przed brzaskiem. Wtedy dowodzenie
przejmuje Wojciech a reszta śpi snem Sprawiedliwych. Koło 9tej, wchodzimy
do portu Primosten. A raczej stajemy na kotwicy. Załoga idzie zwidzać, a
dzielny kapitan pilnuje, aby jacht stał w tym samym miejscu. Potem nastepuje
zmiana, kapitan idzie na spacer, a KTOŚ inny ma pilnować jachtu…..Prawie
się udało 😛
Wieje cały czas z N, siła około 4-5, chwilami 6. Pomału halsujemy się do
góry, szukając odpowiedniej zatoki do zacumowania. Wreszcie wieczorem
wchodzimy do portu Tribunj. Kolejny zonk dla kapitana – jest miejsce w
głebi, pomostów – no i trzeba zacumować rufą. ..dalej wieje Bora (N4-5)
Tak, to podejście było pokazowym przykładem jak nie należy podchodzić.
Oczywiście ja miałem wszystko pod kontrolą i specjalnie tak wszedłem, aby
załodze pokazać, że tak też można 🙂
Marina okazała się najprzyjemniejszą spośród wszystkich (trzech) w których
stawaliśmy. cena akceptowalna (65E) ale w cenie przecudnej urody sanitariaty
i przysznice. Standardowy spacer po mieście i wspinaczka na górkę.
Wino też się kończy….
Piątek
Opuszczamy Tribunj, wieje N3-4, pomału zbliżamy się do celu. Każdy pokątnie
ociera łzy z oczu, gdyż wie, że to nasza ostatnia wspólna noc. Po drodze
kapiel i wtedy widzimy, jak nasza kotwica nie trzyma dna. Kapitan starał się
pozbyć 3 załogantów, ale cholera dogonili nas.
Wpływamy do Sukkosanu, tankowanie, ostatnie cumowanie przy pomoście (bez
przygód) i ogólna histeria na jachcie, że ponoć chcą jeszcze, że im mało…
Nie ma się nawet jak upić z rozpaczy, bo po rejsie zostało tylko pare pif.
Wykończamy sie Mszalnym.
Sobota
Płacz słychać w całym porcie. To już nie przelewki. Żegnamy się w Zadarze.